Bez kategorii

„Poznaj pełen tajemnic Stargard i jego okolice” – legendy i historia regionu i jeziora Miedwie vol. 6

Zjawy topielców koło Jęczydołu

Na północ od Kołbacza, w pobliżu jeziora Miedwie, leży niewielka osada o dziwnej nazwie Jęczydół. Stara to nazwa, sięgająca czasów pogańskich. Przed wiekami na zboczu wzgórza znajdowało się wejście do jaskini. Okoliczni mieszkańcy ukryli tu posąg Trygława, któremu przed wprowadzeniem chrześcijaństwa oddawano cześć w gontynie, wznoszącej się ongiś na miejscu dzisiejszego klasztoru w Kołbaczu. Podziemna jaskinia pogańska mieniła się w blaskach pochodni od srebra i złota, przyozdobiono ją bowiem skarbami, wyniesionymi skrycie z dawnej świątyni. Nadal składano tu dary Trygławowi i wyznawcy starej religii cieszyli się widząc, że dary znikają. Bóstwo przyjmujące podarunki musiało być dla nich łaskawe. Znikały jednak również i nagromadzone skarby. Początkowo tłumaczono sobie, że to Trygław przenosi je potajemnie w bardziej bezpieczne miejsce, a w odpowiedniej chwili wskaże swym wyznawcom nową kryjówkę. Wśród wiernych znalazł się jednak ktoś niewierny i wysypał całą jaskinię miałkim popiołem. Nazajutrz znaleziono ślady stóp ludzkich kolo skarbca świątyni. Wśród wyznawców Trygława zawrzało. Uczynili zasadzkę i niebawem przychwycili trzech kapłanów, skradających się z workami po skarby Trygława. Nie pomogły prośby i błagania. Na pół żywych ze strachu winowajców zawleczono nad jezioro Miedwie, uwiązano kamienie u szyi i wtrącono w odmęty. Od tej pory wśród ciemnych, wzburzonych fal jeziora słychać nieraz jęki trzech topielców.

Podanie mówi, że nie zaznają oni spokoju, dopóki nie złożą w jaskini wszystkich skradzionych skarbów. Ale trafić do niej nie mogą, ponieważ wejście jaskini dawno się już zawaliło. Skarżą się więc biedne duchy i lamentować będą aż do dnia, gdy ktoś odkopie wreszcie wejście do ostatniej świątyni podziemnej bożka Trygława.

Autor: Monika Wiśniewska „W Krainie Gryfitów” 1986

O mistrzu Wawrzonie w Kołbaczu

Wichura szalała na martwych zda się polach, śnieżny tuman hulał aż po horyzont. Szarzało. Zmrok szybko ogarniał ziemię i popiołem przysypywał świat. Pośród tych śnieżnych bezdroży z trudem największym posuwał się człek jakiś. Widać zabłądził, bo brnął przez śnieżne zaspy i daremnie wypatrywał drogi, czy bodaj miedzy jakiejś, co by kierunek wskazała. Ustawał co chwila, bo już mu sił nie stawało do walki z bezlitosnym żywiołem. Ale mimo zmęczenia ciągle się podrywał i dalej brnął w tej śnieżnej zamieci, w tym zimnie bezlitosnym, bo jeszcze tliła się w nim iskierka nadziei, że Bóg go ocali od strasznej, białej śmierci. Człek ten zwał się Wawrzyniec, ale od dziecka wołano nań Wawrzon i tak już zostało. Był majstrem murarskim i wędrował od miasta do miasta w poszukiwaniu pracy. Latem łatwo ją znajdował, lecz zimą imał się lada jakiej roboty, byle do wiosny przetrwać. Teraz podążał do Szczecina, lecz niespodziewana zawierucha pokrzyżowała jego zamiary i zwiodła na śnieżne manowce. A tu noc już nadeszła i Wawrzon duszę Bogu polecił, bo czuł, że jego ostatnia godzina się zbliża: chyba tylko cud boży uratuje go od zagłady. I rzeczywiście, poprzez zawieję dojrzał po długiej chwili jakąś iskierkę jasną, jakieś światełko maleńkie. Wytężył resztę sił i z trudem największym powlókł się w stronę tej iskierki. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył majaczącą w mroku czarną bryłę jakiejś olbrzymiej budowli. Toż to klasztor w Kołbaczu! Słyszał już gdzieś o nim, ale nigdy nie przypuszczał, że stanie się on jego ostatnim ratunkiem. Ledwo dowlókł się do klasztornej furty, ledwo zakołatał, gdy bez ducha prawie zwalił się u progu. Braciszkowie zajęli się nim troskliwie, a brat Ambroży medyk klasztorny nie żałował trudu, ni czasu, by go z ciężkiej choroby, w jaką Wawrzon popadł, wykurować i do życia przywrócić.

     Długo to trwało, oj długo, już wiosna zawitała, już drzewa pąki puszczały, gdy Wawrzon po raz pierwszy na świat wyjrzał z klasztornej celi. Słaby był jeszcze i mizerny, ale już mu chęć do życia wracała, już go ręce do roboty świerzbiły. A było tu roboty co nie miara. Właśnie bracia cystersi swój klasztor rozbudowywali w gotyckim stylu i bardzo potrzebowali rąk do pracy. Opat zawołał Wawrzona i rzekł mu: „Co się będziesz po świecie tułał, zostań z nami, roboty starczy na długo!” No i został Wawrzon przy kołbackim klasztorze, a że pracowity był i zmyślny w swoim fachu, wnet mu braciszkowie samodzielne prace zlecali. Wywiązywał się Wawrzon z tych robót, jak umiał najlepiej. I znów go wezwał opat do siebie i rzecze: „Postanowiłem dom dla gości duchownych, co klasztor odwiedzają, wybudować, a także książę nasz często do kniei na polowanie przyjeżdża i u nas się zatrzymuje. Dom ma być mocny i wygodny i tobie zlecam jego wybudowanie!” Stropił się w pierwszej chwili Wawrzon, czy podoła, ale wnet wziął się do pracy no i wybudował dom piękny w pięknym gotyckim stylu, istne cacko.

     Przemieszkiwali w nim goście zakonu i książę chętnie tu zjeżdżał ze swoją drużyną. Wszystkim ten dworek bardzo się podobał i nazwano go „domem opata”, jako że to jego pomysł był, taki gościnny dom wybudować. Wawrzon? Cóż, korzenie w Kołbaczu zapuścił, ożenił się i pozostał tu do końca swoich dni. Dużo jeszcze budował, dużo braciszkom pomagał, a kiedy czuł, że go siły opuszczają, jako ostatnie swoje dzieło wykonał piękny, ceglany fraz, którym przyozdobiono szczyt świątyni. Dziś, po wiekach nikt o mistrzu Wawrzonie nie pamięta, ale jego dzieła w Kołbaczu pozostały i do dziś zachwyca pięknem odbudowany „dom opata” oraz resztki ceglanego fryzu, zdobiącego mury świątyni.

 Opr. Monika Wiśniewska „Legendy Pomorskie. Ocalić od zapomnienia” Szczecin 2003