„Poznaj pełen tajemnic Stargard i jego okolice” – legendy i historia regionu i jeziora Miedwie vol. 5

„Poznaj pełen tajemnic Stargard i jego okolice” – legendy i historia regionu i jeziora Miedwie vol. 5

Przeklęty zamek

Kiedyś, przed wielu laty, jezioro Miedwie było większe. Sięgało aż po wzgórza Jęczydołu, aż do Bielkowa podchodziło. Ale zarządzono meliorację i wody jeziora opadły. Na uzyskanej w ten sposób ziemi osiedlali się koloniści. Nic jednak nie ruszyło ogromnej dziury w ziemi koło Jęczydołu na wzgórzu nad jeziorem . Ludzie tu czasem żwir wybierali, ale na ogół unikano tego miejsca, mówiąc, że tu straszy. Tylko dziki się tu zadomowiły, lub kobiecina jakaś za grzybami tu przydreptała.

A historia tego miejsca jest taka: dawno, dawno temu stał tu zamek wyniosły, co na jezioro z góry spoglądał. W zamku tym mieszkał rycerz-rozbójnik, który napadał na karawany kupieckie, dążące drugim brzegiem Miedwia do Kołobrzegu po sól i jantar, czyli bursztyn. Jego zamek, ukryty na drugim brzegu jeziora, nie był łatwy do wytropienia, a obrabowanych kupców rycerz-rozbójnik bądź zabijał na miejscu, bądź też rodzina danego kupca okup wielki za niego złożyła. Nazywano tego rycerza Ślepowronem, jako, że był ślepy na jedno oko, co jednak  nie przeszkadzało mu w zbójeckim procederze.

A miał ten Ślepowron córkę jedynaczkę Anulkę. Kochał ją po swojemu, ale na krok jej z zamku nie puszczał. Ogród kazał dla niej urządzić w obrębie zamku i tylko tu mogła spacerować. Pilnowali jej zaufani słudzy Ślepowrona, którzy gardłem odpowiadali za dziewczynę. I rosła tak Anula w tym zamknięciu i coraz większa tęsknota za wolnością  ją dopadała, za swobodą. Z daleka tylko wpatrywała się w wody Miedwia i wyobrażała sobie, jak pięknie musi być na swobodzie.

Aż razu jednego Ślepowron wyjechał z zamku ze swoją watahą w wielkim pośpiechu. Doniesiono mu, że jedzie duża karawana bogatych kupców, a takiej okazji nie mógł Ślepowron przepuścić. Ruszył tedy galopem wraz ze swoimi kamratami na drugi brzeg jeziora. A Anula skorzystała z nieobecności ojca podkrada się pod mur zamku. Usłużny giermek, który się w niej podkochiwał zostawił jej długi sznur, po którym opuściła się w zarośla okalające zamek. Tu czekał na nią giermek i razem puścili się w stronę jeziora. Anula pijana wręcz była tą wolnością niespodziewaną, nadziwić się nie mogła wszystkim urokom przyrody. Ale szczęście skończyło się niebawem, bo Ślepowron wrócił nieco wcześniej i nie zastawszy córki, zarządził pościg. Wnet pochwycono Anulę i giermka i padłszy na kolana, błagała Ślepowrona o litość dla tych dzieci. Ale ten kopnąwszy starowinę wrzasnął: „Precz z nimi!”. Wtedy podniosła się matka giermka i wskazując ręką niebo, krzyknęła: „Zgiń, przepadnij ty i ten twój zamek przeklęty, niech nigdy już tu człowiek nie zamieszka!” W tym momencie zadrżało, zawirowało piorun z jasnego nieba trzasnął w zamek. Rozsypał się on jak domek z kart, tylko wielka dziura pozostała w ziemi.

Mówiono potem długo, że w piwnicach tego zamczyska były wielkie skarby, które Ślepowron na kupcach zdobył. Podobno leżą tam do dziś, ale ludzie boją się Ślepowrona, który pilnuje swoich skarbów.

http://stargardzkielegendy.pl/jezioro_miedwie/przeklety-zamek/

O Syrenie z Miedwia

W Zelewie, małej wioszczynie nad brzegiem jeziora Miedwie, właśnie rozpoczęły się sianokosy, łąki ciągnęły się szeroko wzdłuż jeziora aż do rzeki Płoni i dalej, dalej, aż po horyzont. Wszędzie tylko szumiało morze traw gęsto przeplatanych kwieciem i pachnącymi ziołami, a nad brzegiem jeziora szeleściła trzcina. Poza tym cicho było aż w uszach dzwoniło, czasem słychać było głosy ludzi, pracowicie przewracających siano, by lepiej wyschło w gorącym czerwcowym słońcu. Gdzieniegdzie stawiano już kopice lub wysoko ładowano fury, by przewoziły wyschnięte już siano do wsi, pod dachy stodół. Maleńka wioseczka prawie nie miała ornej ziemi, całe jej bogactwo to te łąki zielone, na których pasano bydło i które koszono, gdy nadszedł po temu czas. Wyprawiano się także czółnami na jezioro, a złowiona ryba była codzienną strawą wioski.
Spokojnie żyło się ludziom w tych maleńkich chałupkach, jeziorną trzciną krytych, przycupniętych pośród sadów. Tylko w świąteczne dni odwiedzał tę zagubioną wśród łąk wioseczkę zakonny ksiądz z klasztoru w Kołbaczu: odprawiał tu nabożeństwo wzmacniał ludzkie serca słowem bożym.
Jesienią zwożono siano i owoce z przydomowych sadów do Kołackiego klasztoru. Także złowione w Miedwiu ryby znajdowały u mnichów łaskawe uznanie. Czasami któryś z rybaków wyprawiał się z koszem pysznie uwędzonych węgorzy do miasta, do Pyrzyc, leżących het za jeziorem i po powrocie dziwy opowiadał o wielkich, pięknych domach, w których mieszkali bogaci mieszczanie, o wspaniałych kościołach i o potężnych murach miejskich, opasujących to miasto bogate i ludne. Nadziwić się ludziska nie mogli tym opowiadaniom. Tu, w tej maleńkiej wiosce wszyscy byli niebogaci i tylko bure kundle strzegły chałupy przed lisem niecnotą. I tak ciągnęło się życie pracowite, spokojne.
Aż nadszedł dla wioski zły czas: krowy zaczęły tracić mleko, zaraza jakaś rzuciła się na drzewa owocowe, a lis niecnota bezkarnie dusił kury. Okropne też były te ciągłe deszcze i szalejące wiatry. Ani na jezioro wypłynąć ani krów na łąkę wypędzić. Ale najgorsze było to, że niezgoda ludzi skłóciła. Już nie siadano wieczorami na przyzbach, już nie gwarzono z sąsiadami o codziennych sprawach. Każdy wilkiem patrzył na drugiego i zamykał się w swojej chatynce. Podejrzewano się wzajemnie, że ktoś jest winny temu nieszczęściu, ktoś sprowadził zło na wioskę. Dumano i dumano, aż wreszcie okrzyknięto, że „To ta wiedźma Klicha sprawdziła zło na wioskę!” Klicha była zielarką, „zamawiała” choroby i ważyła różne mikstury na choroby, a także przepowiadała przyszłość. Bano się jej po trosze, bo i złośliwa była czasem i często prawdę prosto w oczy rąbała, a tego to już nikt nie lub. Patrzono więc na nią złym okiem teraz zaś zdarzyła się okazja, by ją zgnębić: znaleziono kozła ofiarnego. Cała złość ludzka rozlała się nad Kulichą. Wrzeszcząc „precz z Kulichą!” ludziska pobiegli do czółna. Niewiele myśląc, a szukając tylko zemsty, rybacy popłynęli na jezioro i tu Kulichę wrzucono w odmęty. Nim zatonęła, zdążyła jeszcze krzyknąć: „tak, jak mnie niewinnie topicie, tak ja po wsze czasy będę wabiła niewinnych ludzi, by ich zatopić w jeziorze. To moja zemsta!”
I rzeczywiście, choć od tamtych czasów wiele się zmieniło, rusałka Klicha dalej wabi niewinnych ludzi w odmęty jeziora. Nie było jeszcze roku by choć jeden człowiek nie utopił się w jeziorze Miedwie.

http://stargardzkielegendy.pl/jezioro_miedwie/o-syrenie-z-miedwia/