„Poznaj pełen tajemnic Stargard i jego okolice” – legendy i historia regionu i jeziora Miedwie vol. 4

„Poznaj pełen tajemnic Stargard i jego okolice” – legendy i historia regionu i jeziora Miedwie vol. 4

Skąd się wzięła nazwa Miedwie?

Księżyc srebrzył drobne fale jeziora. Cicho było dookoła, tylko czasem gdzieś sennie zakwilił ptak w wielkim borze, którego głos dochodził aż do wody. Były to krańce wielkiej puszczy, sięgającej hen daleko. Mało kto zapuszczał się do tego wielkiego boru, gdzie mieszkał niedźwiedź i ryś, i wilk.

Kupcy, którzy tu brzegiem jeziora podążali na północ po złoto, czyli po jantar bojaźliwie i śpiesznie podążali wyjeżdżonym traktem. Ale na północnym krańcu jeziora, w okolicy dzisiejszego Morzyczyna, każdy kupiec się zatrzymywał. Była tu wielka osada, gdzie i przespać się można było, i odpocząć. Ale najbardziej znana była ta osada wszystkim z przepysznego miodu, który bartnicy z puszczańskiej barci zdobywali. Miód był znakomity i kupcy tę wioskę, chociaż miała inną nazwę, Medowem tzn. Miód, nazwali. Wnet i jezioro nad którym leżała Medowem obwołano. Zbiegiem czasu z dalszych puszczańskich osad tu do Medowa miód zwożono, gdyż zawsze był nań zbyt. Znane stało się to Medowo z targów miodnych. Tak działo się długi czas.

Zaczęto karczować puszczę, cofały się leśne ostoje, barci ubywało. W końcu zaprzestano handlować miodem, stara nazwa osady Medowo zanikła, pozostało tylko wspomnienie dawnych czasów w nazwie jeziora Miedwie. A wieś przybrała nazwę Morzyczyn.

http://stargardzkielegendy.pl/jezioro_miedwie/skad-sie-wziela-nazwa-miedwie/

Ośla lipa w Zelewie

Gniewne fale jeziora z łomotem uderzały o brzeg, jakby chciały się wedrzeć na ląd i pochłonąć te kilka chat rybackich stojących w pobliżu. Złe i straszne było jezioro Miedwie w burzy i nawałnicy. Ale i rybacy, którzy tu mieszkali, to ludzie twardzi i nieustępliwi. Niejedną burzę przeżyli – jak ich ojcowie i dziadowie czoła stawiali wielkiej potędze Miedwia. Ale i łaskawe dla nich bywało jezioro, gdy w słoneczny czas lekki wiaterek muskał wodę, a stada dzikich kaczek spokojnie buszowały po szuwarach. Wtedy dary były obfite. Sieci aż się rwały od ryb, wśród których często łyskał drapieżny łeb szczupaka, srebrzyły się leszcze wielgachne jak łopata, a czarne węgorze wiły się rozpaczliwie, szukając ujścia z matni. I tak żyli ze sobą ludzie i jezioro, na zmianę burzliwie, to znów zgodnie.

     Rybacy nie wyobrażali sobie życia bez Miedwia. Wszak to ich żywiciel jedyny, kapryśny, ale i łaskawy. Potężne szczupaki, pękate liny, tłuste węgorze, no i tę rybę jedyną, gdzie indziej nie spotykaną sieję srebrną, zawożono do klasztoru w Kołbaczu. Często też kosz pysznie uwędzonych węgorzy wędrował łodzią do Stargardu lub brzegiem jeziora do Pyrzyc, gdzie bogaci mieszczanie chciwie czekali na smakowite dary jeziora. Po powrocie rybacy opowiadali sąsiadom, jakie to cuda widzieli: kamienice pięknie zdobione maswerkami, potężne mury miejskie z basztami i strażnicami, ale najpiękniejszy wydawał im się kościół. Wielki był, wysoki, z cegły palonej zbudowany, a wewnątrz błyskały złotem ołtarze i poważnie spozierały na przybysza figury świętych Pańskich. Z czasem opowiadania o tym pięknie wzbudziły żal taki, iż nie mają w swoim maleńskim Zelewie własnego, choćby najskromniejszego, domu Bożego. Musieli bowiem wędrować do odległego klasztoru w Kołbaczu, by pomodlić się do Pana.

     Uciążliwe to były wędrówki, przez bagniste łąki, przez rozlewiska rzeki Płoni. Wędrowali wydeptaną przez lata ścieżyną, a coraz dłuższa wydawała im się droga. W końcu skrzyknęli się rybacy i postanowili w swoim Zelewie zbudować własną świątynię. Długo oszczędzali grosiki i lata całe minęły, nim ją wybudowali. Pomagali im mnisi z Kołbacza dobrą radą i czynem. Kościółek stanął z dala od jeziora, by go fale nie podmyły, by wiatr mu szkody nie wyrządził. Szczęśliwi byli rybacy, że nareszcie mają przybytek Pański. Uprosili zakonników z Kołbacza i co niedziela przyjeżdżał na osiołku ksiądz, by nabożeństwo odprawić. Osiołka przywiązywał do lipy, którą posadzono w dzień poświęcenia kościoła, tuż przy cmentarzu, by zmarli mogli spoczywać w jej cieniu. Wkrótce nie inaczej na drzewo lipę mówiono jak: „ośla lipa”. Czasy się zmieniały, a lipa wciąż swą dawną nazwę zachowywała. Już nie wiązano osiołka do jej pnia, bardziej przyrosła do niej nazwa. A choć dziś nie ma już lipy, roztrzaskał ją piorun przed kilku laty, została tylko świątyńka i jak dawniej przyjeżdża tu ksiądz z Kołbacza, by odprawić nabożeństwo.

 Opr. Monika Wiśniewska „Legendy Pomorskie. Ocalić od zapomnienia” Szczecin 2003